Nie wiem co się ze mną stało. Całe życie byłam altruistką. Nie myślałam o sobie, swoich potrzebach. Ufałam ludziom, robiłam dla nich wszystko, co mogłam. Zaniedbywalam siebie. Postanowiłam to zmienić i więcej czasu poświęcić sobie - swoim problemom. Nagle, tak po prostu, się wypaliłam. Nie mam siły na innych ludzi. Zamknęłam się. Izoluję się. Nie chodzę na imprezy, pomagam z przymusu, nie rozmawiam z nikim, gdy nie muszę. Tak po prostu z ekstrawrtyczki stałam się intro. Nie wiedziałam, że tak się da. Ludzie ciągle dają mi feedbacki, że zrobiła się ze mnie egoistka - że przestałam podtrzymywać relacje z przyjaciółmi, że przestałam pomagać innym i że jestem hipokrytką, bo widać po moim uśmiechu, że jest sztuczny. I mają rację. Uśmiecham się do ludzi, których mam dość. Nie umiem znaleźć środowiska ludzi, którzy zaakceptują mnie taką, jaka jestem. Zrobiłam eksperyment i przez jeden dzień na uczelni byłam sobą. Moje koleżanki się na mnie obraziły, że przestałam używać emotikonek i nie jestem słodkopierdząca. A ja nigdy nie chciałam taka być. Czuję, że powoli tracę kontrolę nad sobą. Mówię ludziom co myślę. A to są rzeczy nieakceptowalne społecznie. Po prostu nie chce mi się już udawać, że jestem poprawna politycznie. Cała moja pogarda do ludzi, którą miałam w środku, a kryłam latami, zaczęła wychodzić na zewnątrz. Jak ktoś mi mówi coś niemiłego to ja wprost mówię mu o jego czułym punkcie. Wtedy mam spokój. Manipuluję ludźmi, żeby dali mi spokój. Oni ciągle czegoś ode mnie chcą. Mówili mi, że mam być asertywna, a gry się taka stałam, to zaczęli się ode mnie odsuwać i mówić, że myślę tylko o własnych potrzebach. Uświadomiłam sobie, że przez te lata ja po prostu wszystkim robiłam dobrze. Byłam jak śmietnik na ich problemy. Zaczęłam więc mówić o swoich. I co? I ludzie zaczęli znikać, zaczęli pokazywać swoją irytację itd. a więc teraz tkwię w miejscu, gdzie kręcę. Zamknęłam się i już nie jestem asertywna (a naprawdę byłam podręcznikowo!). Teraz kłamię, teraz mówię wprost i nie patrzę na uczucia drugiej osoby, teraz manipuluję i jestem hipokrytką.

Bałam się całe życie, że się taka stanę. Ale teraz już wiem, że ja taka byłam całe życie. Tylko to kryłam mocno i teraz to wyszło.

Powinnam stracić wszystkich przyjaciół i rodzinę, bo na nich nie zasługuję. Powinnam się odbić od dna. Tylko, że gdy wszystkich już stracę - nie odbuduję tego na nowo. Tak to nie działa.

A może nigdy nie odbije się od dna? Może czekam na moment, w którym zacznie mi zależeć - zmienię myślenie, będę chciała się zmienić, dostanę ekstrawertycznej i altruistycznej w energii? Może to nigdy nie nadejdzie. Może po prostu stałam się obrzydliwie dorosła. I będę suką do końca życia. Ludzie jeszcze nie łapią, jak złym człowiekiem jestem. Nie mam hierarchii wartości - wszystko mi się posypało. Ciekawe, kiedy zaczną o mnie plotkować. Kiedy się ode mnie odwrócą. Przestaną mnie zapraszać. Ciekawe...

Ktoś ma podobnie? Nikt? Może chcecie mi napisać jakieś hejty w komentarzach. Może to mi pomoże? W końcu sobie popłacze nad tym, jaka jestem beznadziejna. Przydałoby mi się. Amen.

Top 100 Top 100 7 dni