Chyba jestem beznadziejna. Prowadzę autodestrukcyjny tryb życia i codziennie rano obiecuję sobie, że tym razem będzie inaczej... Po czym na wieczór znowu jest to samo. Mam już dosyć, brzydzę się siebie. Czekam na dzień w którym w końcu zdechnę, bo jestem tak żałosna, że nawet zabić się nie potrafię. Tworzę cyrk wokół siebie, idiotka ze mnie, taka królowa dramy. Wstydzę się za swoje zachowanie, ale wystarczy, że np chłopak do mnie nie napisze, a jest aktywny a ja już wpadam w szał i myślę, że pisze w tym czasie z kimś innym i sama zaczynam pisać do jakiegos kolegi, żeby zapełnić pustkę i poczucie odrzucenia. Nie mówiąc o tym, że nie mam szacunku do swojego ciała, co przejawia się w każdej sferze mojego życia. Ja nawet wspac się nie potrafię, chcę mi się spać, ale i tak nie idę tylko siedzę i gapie się w sufit, myśląc nad tym, co robi obiekt moich westchnien. Najlepsze jest to, że to nie jest do końca tak, że jestem od niego uzależniona, bo on nie jest pierwszy i ostatni, każda moja wielka miłość jest jednakowa. Przeżywam wtedy ogrom uczuc, znalalam kolesia w sumie tydzień i chciałam mu powiedzieć że kocham go nad życie, teraz nadal mi zależy, ale już jakby trochę mniej. Znowu mi przechodzi, zaraz poznam pewnie kogoś nowego i od nowa zacznie się ten cyrk. Albo jak przeżyje jakieś odrzucenie to w końcu się zatnę i tyle ze mnie zostanie. Nie daje sobie ze sobą rady. Nauka to samo. Uczę się jednego dnia wszystkiego, mogę wszystko, jakbym nawet górę miała przenieśc to bym mogła i nic nie jest przeszkodą, a potem następnego dnia jest pustka, nie potrafię już nic. Rozumie to ktoś? Jednego dnia czuję się tak jakbym nie była człowiekiem, tylko kimś lepszym, czuję że jestem wyjątkowa, piękna, stoję przed lustrem i zachwycam się sobą, ba, gardzę innymi i krzywdę każdego, bo czuję że mogę wszystko. A potem ten stan mija. Nagle brzydnę w swoich oczach, nic nie potrafię, mam wrażenie że nikt mnie nie kocha i zaczynam się narzucać chłopakowi, chrzanic mu o swoich uczuciach, że jestem sama i źle się czuję, że chce uciec, zniknąc że nie daje rady, zaczynam traktować go jak sens mojego istnienia. I przechodzi po czym znowu się zaczyna. Mam już dosyć, jestem zmęczona. Odbija się to na moim zdrowiu, moja dieta jest tragiczna, bo jednego dnia jem wszystko co mi wpadnie w ręce, potem mam wyrzuty sumienia i nie jem nic i tak w kółko, spie po 2-3 h, pije non stop kawę i robię ekstremalne rzeczy, żeby w końcu przestać się nudzić. Wypadają mi włosy, łamią się paznokcie i jest mi słabo. Średnia spadła w szkole, ale wiem że to tyko chwilowe, jak będę miała "fazę" to znowu będę najlepsza. Żyje tak z dnia na dzień i się męczę bo już sobie nie daje że sobą rady. Nie rozumiem swojego postępowania, a do psychologa nie wrócę, już tam kiedyś byłam, ale zrezygnowałam bo mi coś odbiło w środku terapii, w każdym razie już nie chcę tego odnawiac

Top 100 Top 100 7 dni